O smoku toruńskim

Smok toruński nie porywał dziewic, nie pożerał bydła, ani owiec, nie ział nieustannie ogniem na prawo i lewo, nie zabijał wzrokiem i może właśnie dlatego, że nie siał postrachu - nie czynił tak spektakularnych i widowiskowych szkód, nie zyskał tak szerokiego rozgłosu jak choćby smok wawelski.
Co jednak ważniejsze - istnienie smoka w Toruniu potwierdzają zapiski archiwalne z XVIII w.
Dlatego właśnie smok toruński jest prawdziwszy od smoka wawelskiego. Informacje o nim pochodzą nie tylko z legend, opowieści czy ludowych podań ustnie przekazywanych z dziada pradziada, ale są znane z dokumentu - protokołu z zeznań dwóch świadków (Johana Georga Hieronimi i Kathariny Storchin), spisanego w kancelarii miejskiej 13 sierpnia 1746 r.! >>>
Co jednak ważniejsze - istnienie smoka w Toruniu potwierdzają zapiski archiwalne z XVIII w.
Dlatego właśnie smok toruński jest prawdziwszy od smoka wawelskiego. Informacje o nim pochodzą nie tylko z legend, opowieści czy ludowych podań ustnie przekazywanych z dziada pradziada, ale są znane z dokumentu - protokołu z zeznań dwóch świadków (Johana Georga Hieronimi i Kathariny Storchin), spisanego w kancelarii miejskiej 13 sierpnia 1746 r.! >>>
A teraz wygodnie usiądźcie, kocem w ten mroźny dzień się otulcie, otwórzcie oczy wyobraźni, bo jest jeszcze opowieść, mniej raczej znana, choć o około 150 lat starsza:
Dawno to było, bo w czasach gdy Toruń zamykał swe bramy wraz z zachodem słońca, a mrok snuł się po ruinach krzyżackiego zamku jak dym z wygasłych palenisk.
Mówiono wówczas, że w wodach Wisły przy ujściu Bachy koło dawnego zamku coś się porusza. Najpierw ginęły kaczki, potem psy nie chciały zbliżać się do brzegu, a nocni strażnicy przysięgali, że słyszą cichy chlupot ciężkiego ciała i dyskretny, niemal głuchy łopot skrzydeł w jasne księżycowe noce.
Pewnego styczniowego wieczoru mistrz ciesielski wracając późno z warsztatu usłyszał niby szelest jakiś gdzieś i ujrzał, jak z gęstej i upstrzonej krą lodową wody wynurza się powoli stworzenie, jakiego nigdy wcześniej nie widział. Miało łapy jak jaszczur, błoniaste skrzydła i ogon, który połyskiwał w świetle księżyca. Smok, bo czym innym mógł być?
Bestia nie ryknęła ani nie zionęła ogniem. Spojrzała tylko na człowieka czerwonawym okiem, ale rzewnym, jakby chciała zapamiętać jego twarz, po czym wzniosła się ciężko i poleciała ku ruinom zamku. Tam gdzieś zniknęła na chwilę z oczu mistrzowi i nieco trwało nim na krótki moment, przelotny wręcz, dała się mu spostrzec na ułamek sekundy.
Smok pojawiał się jeszcze kilka razy, często pod osłoną nocy, zawsze w ciszy, zawsze w bezwietrzną, księżycową noc. Nie niszczył domów, nie porywał ludzi. Stary flisak Damazy, co życie na Wiśle wiódł, mówił, że to strażnik Torunia, duch dawnych czasów, który budzi się, gdy miasto zapomina o swojej przeszłości.
A gdy rajcy miejscy kazali spisać świadectwa i nazwali bestię „potworem”, smok zniknął...
Niektórzy twierdzą, że odleciał.
Inni - że zasnął pod zwaliskami zamku.
A najstarsi mówią, że czasem, gdy Wisła podnosi się nocą, nad Przedzamczem słychać cichy trzepot skrzydeł.
Bo smoki nie umierają...
One tylko czuwają, aby nie zapomnieć o przeszłości Torunia.
Dawno to było, bo w czasach gdy Toruń zamykał swe bramy wraz z zachodem słońca, a mrok snuł się po ruinach krzyżackiego zamku jak dym z wygasłych palenisk.
Mówiono wówczas, że w wodach Wisły przy ujściu Bachy koło dawnego zamku coś się porusza. Najpierw ginęły kaczki, potem psy nie chciały zbliżać się do brzegu, a nocni strażnicy przysięgali, że słyszą cichy chlupot ciężkiego ciała i dyskretny, niemal głuchy łopot skrzydeł w jasne księżycowe noce.
Pewnego styczniowego wieczoru mistrz ciesielski wracając późno z warsztatu usłyszał niby szelest jakiś gdzieś i ujrzał, jak z gęstej i upstrzonej krą lodową wody wynurza się powoli stworzenie, jakiego nigdy wcześniej nie widział. Miało łapy jak jaszczur, błoniaste skrzydła i ogon, który połyskiwał w świetle księżyca. Smok, bo czym innym mógł być?
Bestia nie ryknęła ani nie zionęła ogniem. Spojrzała tylko na człowieka czerwonawym okiem, ale rzewnym, jakby chciała zapamiętać jego twarz, po czym wzniosła się ciężko i poleciała ku ruinom zamku. Tam gdzieś zniknęła na chwilę z oczu mistrzowi i nieco trwało nim na krótki moment, przelotny wręcz, dała się mu spostrzec na ułamek sekundy.
Smok pojawiał się jeszcze kilka razy, często pod osłoną nocy, zawsze w ciszy, zawsze w bezwietrzną, księżycową noc. Nie niszczył domów, nie porywał ludzi. Stary flisak Damazy, co życie na Wiśle wiódł, mówił, że to strażnik Torunia, duch dawnych czasów, który budzi się, gdy miasto zapomina o swojej przeszłości.
A gdy rajcy miejscy kazali spisać świadectwa i nazwali bestię „potworem”, smok zniknął...
Niektórzy twierdzą, że odleciał.
Inni - że zasnął pod zwaliskami zamku.
A najstarsi mówią, że czasem, gdy Wisła podnosi się nocą, nad Przedzamczem słychać cichy trzepot skrzydeł.
Bo smoki nie umierają...
One tylko czuwają, aby nie zapomnieć o przeszłości Torunia.




